Rzeka

written by Thorbiorga 4 marca 2017

 

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Z drugiej jednak strony rzeka nigdy nie jest ta sama; zmienia się podobnie jak ludzie. Zawsze istnieje ryzyko utonięcia, ale czy nie warto wejść drugi raz nawet do tej wody, w której kiedyś się podtopiliśmy? Oczywiście nie po to, żeby utonąć, ale żeby udowodnić sobie, że umiemy pływać.
Gabriela GargaśJutra może nie być

Wychowałam się nad rzeką. Nie była to co prawda iście epicka rzeka, tylko mała Marycha, która wiła się i wije po dziś dzień przez moje miasteczko Sejny, a u kresu swej zawiłości wpada z kretesem do Czarnej Hańczy, a ta zaś do Niemna.  Choć kto wie, czy za parę lat nie wyschnie, bo wody w niej z roku na rok coraz mniej.

Kiedyś to nas zalewała wiosną. Wylewała z koryta, na dróżkę, potem coraz bardziej wdzierała się na nasze podwórko, aż w końcu piwnica zalana była całkowicie. Nam dzieciakom woda sięgała prawie do pasa. Z okna spoglądaliśmy z trwogą na ten,  jakże apokaliptyczny obrazek potopu.

Drugim zjawiskiem katastroficznym, równie widowiskowym, a może nawet bardziej, które też miałam okazję nie raz obserwować z siostrami przez okno – były burze. Kiedyś to były dopiero burze!  Mieszkaliśmy na poddaszu, stąd efekty dźwiękowe i wizualne były nieco podkręcone. Często w trakcie wichury zrywało linie wysokiego napięcia, i siedzieliśmy przy świeczce. Ale była frajda. Korciło, aby opowiadać historie o duchach, same się nakręcałyśmy, straszno wtedy było – ekscytująco! Nie raz wiatr powalił topole, które rosły rzędem wzdłuż brzegów rzeki. Dziś żadna się nie ostała. I jak zwykle my w tym okienku ( choć mama zabraniała w czasie burzy zbliżać się, co by piorun nie wpadł przez okno do domu), zatrwożone, by spadające drzewo nie runęło nam na dach, prosto w kuchnię.  Raz walnęło na przewody elektryczne i zrobiło spięcie, tylko błyski zobaczyłyśmy.

Rzeka, oj działo się. Naszą drogą niegdyś ( do niedawna) chodziły orszaki pogrzebowe, gdyż ulica wiodła na cmentarz. Obok naszego domu stała kuźnia, a przy niej uwiązane konie. Nieboraki tak się wystraszyły śpiewów i całego zgromadzenia, że spłoszone, zerwały się, galopując wprost do rzeki. Zima była, silny mróz. Pamiętam, jak stały w tej rzece koniki dwa, a na pomoc im kilku chłopa ruszyło, w tym mój tata, stryj i dziadek. Ale akcja była. Ze dwa razy mieliśmy też w ogródku świnię – uciekinierkę, też spod tej kuźni zwiała gospodarzowi, co przyjechał konia podkuć w dzień targowy.  A kowal to głucho – niemy był. Nieduży człowiek.

W innym oknie, tym co na kużnię wychodziło, a był to nasz pokoik wspólny, co żeśmy tam musiały oglądać! O zgrozo! Jakież nam się nieszczeście przytrafiło. Na tylnej ścianie owej kuźni visa vi okienka dziecięcego pokoiku, napruci do nieprzytomności panowie załatwiali swoje potrzeby . Nie pamiętam teraz, czy był tam drewniany wychodek. W każdym bądź razie, za wiele detali nie widziałyśmy, chwała za to.

Pozostając przy pijakach, wielu ich było wówczas. To był kolejny armagedon z serii „Apokaliptycznych historyjek”. Koczowali gromadnie przy lewym, bądź prawym brzegu rzeki. Stadnie, bądź samotnie rozprawiali się z wysokoprocentową zawartością butelki. Atrakcyjne to było dla nich stanowisko. Gorzej było, gdy obrali sobie miejscówkę przy naszej kładce, wówczas mama bała się iść nad rzekę, gdy musiała wypłukać ubrania ( tak, tak, a potem biedaczka wykręcała je z lodowatej nie raz wody, np. zimą). Zaczepiali ją i podrywali, zaplute, śmierdzące nieroby. Kiedyś i ja nadziałam się. Jeden zawołał – chodź, wujek da ci cukiereczka! Już ja wiedziałam, że takie cukiereczki to omijać z daleka trzeba! Uczyli mnie, choć sama wiedziałam, żeby obcym nie ufać, a zwłaszcza pijakom.

Raz z koleżanką z sąsiedztwa, która „dobrze za uszami miała”, śpiącego delikwenta nad tą rzeczką rozjuszyłyśmy. Na drugim brzegu leżał, a my siostry miłosierdzia sprawdzić czy żyje chciałyśmy. To ona w niego czymś tam rzucać zaczęła. No i rozpętała! Gościu niczym zombie – powoli zaczął  się unosić, ruchami ożywieńca, gdy już wstał miotało nim na boki.  Wykrzykiwał do nas, groził – dostał białej gorączki. Obserwowałyśmy akcję zadowolone, bośmy na drugim brzegu, tere-fere! A on nie czekając wtargnął w odmęty, niezbyt głębokiej Marychy, rozdzierając przy tym koszulę niczym Rejtan – Jana Matejki.  Decyzja zapadła w „mgnieniu oka” w tył zwrot i w nogi. Serca waliły ze strachu, a nogi przybrały postać wiotką, zdolną jednak wspiąć korpus po schodach i trzęsącymi się łapkami zakluczyć mieszkanie. Potem to już sobie przez kuchenne okno cały tragikomizm szaleńca obejrzałyśmy, nie mając do końca pewności czy kamieniem w szybę nie ciśnie.

Opowiadać można bez końca. Nad tą rzeczką i radość i łzy i pierwsze miłości „szczenięce”.  Dzieciństwo z jej wodami nam upłynęło.

Rzeka uczy nas. Pokory, zadumy, nostalgii. Mówią, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi. Czasami trzeba znów wejść, gdy raz się wyszło, by KTOŚ nie „popłynął”. Czasami lepiej na bezpiecznym brzegu zostać, by razem z NIM, nie płynąć z prądem i życia swego przez palce jak tej wody nie przepuszczać. Trudne wybory w życiu nieraz stawia nam rzeka. Czy nie jest tak, że musimy iść pod prąd?

 

You may also like

5
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
ThorbiorgaEwelina Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Ewelina
Gość

Zapomniałaś napisać jaka frajda była zimą, jeździło się na łyżwach, sankach, a najlepszy był zjazd ze śliskiej górki na butach i skok prosto do rzeki, na której był gruby lód. Nie raz i na sankach, ale wtedy trochę bolało 😀 I tak w kółko, do wieczora. Do dziś głowię się, jak udało nam się zjeżdżać na prawie płaskiej dróżce i wykonywać tak piękne skoki jak Polacy w Lahti 😀

Thorbiorga
Gość

Haha. O tym też myślałam. Ja to i na nartach zjeżdżałam, cały boży dzień. Fakt górka, dokładniej ścieżka, była niemalże płaska, innej nie było w pobliżu. Tyle lat i ani razu nie musislysmy wzywac RATUNKU!

Ewelina
Gość

Albo zjazd z górki do piwnicy na butach, workach, sankach i czym popadnie. Nie wiem jak to robiłyśmy, ale teraz jak patrzę na tą „górkę” to 3 kroki z buta i koniec, jesteś na dole, kiedyś wszystkie górki wydawały się mega duże 😀

Thorbiorga
Gość

Kiedyś wszystko było większe, ciekawsze

Ewelina
Gość

Dokładnie, dla dzieci wiele do szczęścia nie potrzeba.

Blog
Przegląd
kosmetyczny
Blog
Rozterki blogerki
Blog
Kosmici
previous arrow
next arrow
Slider